GDZIE BIEGNĄ BIEGLI, CZYLI BOLEK I LOLEK DLA MAS

Nie wiem dlaczego, przypomniała mi się wczoraj ta historia. Było to kilka lat temu, w szpitalu. Lekarz nie chciał podać mojemu umierającemu Ojcu morfiny, powołując się na klauzulę sumienia („bóg zsyła cierpienie, żeby ukarać pacjenta za grzechy”) więc chwyciłem tego lekarza za klapy i trzasnąłem nim o ścianę, co oczywiście było normalną reakcją i każdy na moim miejscu by tak zrobił. Za to reakcja lekarza nie była zbyt normalna, albowiem wbił się on zębami w moją rękę i próbował odgryźć mi palec. Nie wiem, czy zrobił to ze strachu, czy też był to jakiś rytuał wynikający z kanonów jego wiary. Ale nie o to chodzi. Rana od ugryzienia obficie krwawiła, ręka puchła w oczach. Przyjechała policja, sporządzono notatkę z interwencji, chirurg (w innym szpitalu) opatrzył mi ranę, którą opisał jako „ranę kąsaną”. Epilog rozegrał się w sądzie. Sąd powołał dwóch biegłych.

Jednego do przeanalizowania moich obrażeń, a drugiego do zbadaniu stanu uzębienia lekarza, który był w tej sprawie oskarżonym. Pierwszy biegły wydal kilkustronicową opinię, pełną fachowych zwrotów, z której wynikało, że rana na mojej ręce mogła powstać w wyniku wszystkiego, tylko nie ugryzienia. Biegły wymienił jako możliwe przyczyny: wbicie gwoździa, przydeptanie butem, uderzenie deską, zahaczenie ręką o klucz tkwiący w drzwiach pokoju lekarskiego i kilka innych, równie prawdopodobnych możliwości.
Drugi biegły włożył olbrzymią pracę w zbadanie oskarżonego (odlewy gipsowe uzębienia, próby zgryzu w artykulatorze, pantomogram, czyli prześwietlenie wszystkich zębów) i wydał równie fachową, wielostronicową ekspertyzę, pełną profesjonalnych określeń, z której wynikało, że oskarżony ma w kilku przednich zębach plomby, a na trzonowcach dwa mostki, wobec czego może odżywiać się tylko pokarmem w formie papki, albowiem zęby leczone stomatologicznie nie nadają się do gryzienia pokarmów o konsystencji stałej, a już o tym, żeby oskarżony pan doktor mógł kogoś ugryźć – nie może być nawet mowy, bo zęby natychmiast by mu się połamały. Swój elaborat biegły zakończył stwierdzeniem, że nawet zębami, w których nie ma ani jednej plomby, człowiek nie jest w stanie ugryźć drugiego człowieka do krwi, albowiem „brzegami siecznymi koron zębowych jest niezwykle trudno przerwać ciągłość ludzkiej skóry”. Co do moich obrażeń, pochodzą one, zdaniem tego biegłego, od każdej możliwej przyczyny – z wyjątkiem ugryzienia.
Obaj biegli do swoich ekspertyz dołączyli rachunki za swoją cenną pracę, i sąd te rachunki zaakceptował, a my – podatnicy – zapłaciliśmy. Biegli dostali więc dużo pieniędzy, mimo że powinni dostać po osiem lat (tyle grozi za fałszowanie ekspertyz przez biegłego sądowego). Nawiasem mówiąc fakt, że mimo tak wysokiego zagrożenia, wyższego jeszcze niż za składanie fałszywych zeznań, biegli nie boją się pisać ekspertyz, które przeciętnie rozwinięty licealista rozszyfrowałby natychmiast jako fałszywe, może świadczyć, że biegli mają jakiś nieformalny, zwyczajowy immunitet, i że nie podlegają jurysdykcji sądów.
Nie twierdzę oczywiście, że wszyscy biegli biegną tam, gdzie im się każe. Tamtym biegłym zresztą chyba nikt nic nie kazał, sami pobiegli tam, gdzie pobiegli, żeby ratować oskarżonego – który był ich kolegą po fachu. Ale to wydarzenie sprawiło, że wyrobiłem sobie zdanie o tym, do czego zdolni są ludzie, którzy wykonują zawód zaufania publicznego. Nie chcę nawet wnikać, do czego zdolny może być biegły, któremu wykonanie opinii zleca instytucja całkowicie podporządkowana komuś, komu zależy na takich a nie innych wynikach.
Trwa ładowanie komentarzy...