SPOTKANIE Z ELIZĄ MICHALIK

W zasadzie nie chodzę na spotkania z autorami,, wyjątek zrobiłem kiedyś dla Ryszarda Kapuścińskiego, a w zeszłym roku dla Anny Janko z okazji jej znakomitego dzieła "Mała zagłada". Tym razem zrobiłem wyjątek dla Pani Elizy Michalik, którą lubię i cenię. Wrażenia? W życiu się tak nie wynudziłem. To była raczej prezentacja pt. "jak nie należy organizować spotkań z czytelnikami". Miłym zaskoczeniem była natomiast sama książka.

Już samo miejsce – kawiarnia, otwarta dla każdego kto chce się napić piwa – nie było trafnie wybrane. Wypowiedziom organizatorów i autorki towarzyszył szmer kawiarniany, a chwilami kawiarniany jazgot. Prowadził spotkanie znany publicysta, zdolny, ale nie w dziedzinie prowadzenia spotkań. Drętwo i nudno. Chyba sama autorka poprowadziłaby to lepiej. W ogóle jedyne ciekawe momenty, to gdy wypowiadała się bohaterka wieczoru, niestety za rzadko ją dopuszczano do głosu.
Z pytaniami publiczności też było słabo, ale to akurat normalne, to jest wpisane w spotkania autorskie, ponieważ większość słuchaczy nie czytała jeszcze książki, o której jest mowa. Tomasz Piątek zadał lakoniczne pytanie o hejt, Stefan Niesiołowski powiedział parę słów, ale nie miał swojej swady i jego wystąpienie było blade.
Zresztą niewiele było słychać, bo ludzie w kawiarni bez żenady gdakali, w czym rej wodził jakiś podcięty jegomość, pod koniec się okazało że jest to jakiś "pan Janusz, bliski znajomy autorki". Pan Janusz tryskał humorem i rzucał dowcipy, przytoczę jeden: na pytanie prowadzącego czy chce coś powiedzieć, skoro podniósł rękę do góry, krzyknął: "nie, ja tylko zamawiam pięć piw albo hajluję!" Do pana Janusza wkrótce dosiedli się kolejni Janusze i już nie było wiadomo, czy punktem centralnym jest autorka, czy stolik z Januszami.
Kiedy już zasypiałem z nudów, spotkanie na szczęście się skończyło. Nie ustawiłem się w kolejce po autograf, bo marzyłem żeby wyjść na powietrze i oderwać się od gdakania podciętych Januszów.

Natomiast bardzo miłym zaskoczeniem okazała się sama książka. Dlaczego zaskoczeniem? Bo część tych tekstów ukazała się już w postaci artykułów, felietonów. I w tym tkwi jedno z bardziej pozytywnych zaskoczeń: większość książek z gatunku "zbiór felietonów" to zlepki, których celem jest wciśnięcie klientom jeszcze raz tego samego towaru, hurtem, i przy okazji dowartościowanie się w charakterze pisarza. Powstaje gniot, którego nie da się czytać.

Otóż tutaj nie ma nic takiego. Teksty starsze i nowsze współgrają ze sobą, powstała jednorodna całość. Książka jest zgrabnie skomponowana, stylistycznie elegancka i językowo hiperpoprawna, co u dziennikarzy jest raczej rzadkością. Są w niej na przykład zdania na pół strony, z wieloma podrzędnymi, i nigdzie żadnego potknięcia składniowego. Język jest melodyjny, a zarazem precyzyjny, czyta się doskonale, naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Lapidarność, elegancja, talent do skrótu, precyzja, Żadnych eufemizmów, autorka nie owija w bawełnę. Tak jak w swoich programach, rozmowach, artykułach. Odwaga mówienia wprost. Eliza Michalik należy, wraz z Tomaszem Piątkiem, do tych nielicznych, którzy się nie boją.

Jest to książka z gatunku tych, które bardzo lubię: można ją otworzyć na dowolnej stronie i zawsze znajdzie się coś ciekawego. A jednocześnie kolejność nie jest przypadkowa, jest to kolaż elementów poskładanych świadomie i z talentem.
Mamy w tej książce panoramę okresu "dobrej zmiany", i bez względu na to, w którą stronę potoczy się przyszłość, ta panorama pozostanie ciekawym świadectwem dwóch niebywałych, niewyobrażalnych lat we współczesnej historii Polski.
Kilka rzeczy jest kontrowersyjnych. Na przykład postulat: kastrować księży. Nie, pod tym się nie podpiszę. Nie ze względów humanitarnych. Los księży jest mi obojętny. Tylko trzeba podcinać korzenie zła, a nie gałązki. Glebą, na której wyrastają religie i kapłani, jest skłonność ludzi do wiary w zabobony. I z tym trzeba walczyć. A co do księży… zamiast kastracji o wiele skuteczniejsza będzie delegalizacja wszelkich kościołów i zgromadzeń religijnych, rozpuszczenie kleru do cywila, niech raz w życiu spróbują utrzymać się z uczciwej pracy, to będzie kara bardziej dotkliwa. Nie chodzi zresztą o karę ani zemstę. Chodzi o to, aby chronić ludność przed urojeniami. Rozdział kościoła od państwa? Nie, to za mało. Likwidacja kościoła. Tylko to. Wszystkich kościołów, oczywiście. Wszystkich wyznań. Tak, Pani Elizo, ewangelickiego też. I tu dochodzimy do ciekawostki biologicznej, która mnie zawsze fascynuje. Jeżeli prosty chłop wierzy w boga, w zaświaty, w życie po życiu, w chodzenie po wodzie i w dziesiątki tego typu bajek, jest to zrozumiałe: religia zastępuje mu niedostatki mózgowe, wyjaśnia mu świat przystępnie jak dziecku, daje proste wskazówki jak żyć ("nie wchodź wieczorem do rzeki Limpopo, bo jest tam pełno krokodyli"), uwalnia od podejmowania decyzji, a zwłaszcza od męczącej czynności, jaką jest myślenie. Natomiast jeśli w to samo wierzy osoba wykształcona, inteligentna, bystra, błyskotliwa, to już jest dziwne. Wiem, wiem, sto razy to słyszałem: mój bóg to nie jest prymitywne wyobrażenie starca z siwą brodą siedzącego na chmurce, dla mnie bogiem jest siła sprawcza kosmosu, dla mnie bogiem są prawa fizyki, stała kosmologiczna i teoria nieoznaczoności Heisenberga – za każdym razem gdy to słyszę z ust jakiegoś naukowca, artysty, inteligenta, myślę sobie: w gruncie rzeczy nie różnisz się niczym od moherowej babci, która całuje w rękę "ojca Tadeusza".
Trzeba sobie zdać sprawę, że właśnie ta skłonność do wiary w rzeczy nieistniejące jest bazą, na której wyrastają inne zjawiska. Zmuszanie kobiet do rodzenia martwych dzieci, nienawiść do "obcych", przeświadczenie o własnej wyjątkowości, wszystko to nie miałoby miejsca, gdyby nie skłonność ludzi do urojeń. Bo takim ludziom można wmówić każdą bzdurę. Zresztą, to logiczne, jeżeli ktoś wierzy w to, że cały czas jest śledzony przez jakiegoś boga który czyta mu w myślach, taki ktoś łatwo uwierzy, że kobieta która nie chce urodzić martwego płodu jest czarownicą, i bez najmniejszego trudu uwierzy w zamach smoleński, bo ma umysł skłonny do wiary w rzeczy nieistniejące, zresztą prawdę mówiąc zamach smoleński blednie w porównaniu z nieprawdoodobieństwami zawartymi w "świętych" księgach całego świata, więc wcale mnie nie dziwi, że lud w niego wierzy.

Drugie filozoficzne zastrzeżenie:
Trochę mi żal, że swój świat ogranicza Pani Eliza do gatunku homo sapiens, widać to choćby w tym jakże wymownym zdaniu "bóg nie powinien mnie pytać, czy jadłam w piątek kiełbasę". Pani Elizo, bóg, przynajmniej ten z religii monoteistycznych, judeochrześcijańskich, może i nie potępi Pani za to, ale ja potępię, bo kiełbasa nie jest kiełbasą, tylko, jeśli nazwiemy ją precyzyjnie (a przecież lubi Pani precyzję językową), ciałem zwierzęcia bestialsko trzymanego w klatce i w sposób okrutny uśmierconego. Podobnie futro z norek, które prawicowcy wymieniają jednym tchem z cyklizmem i wegetarianizmem, a Pani Eliza za nimi powtarza, mimo że ten element tu nie pasuje, bo jeżeli ktoś nosi futro, na które złożyło się cierpienie i śmierć kilkudziesięciu zwierząt, to nie zasługuje na miano opozycjonisty, proeuropejczyka, ani nawet na miano człowieka cywilizowanego. No i wreszcie coś, co mnie zadziwiło i ubawiło zarazem: historyjka pt. Nie jesteśmy psami, żeby nas wyprowadzać. W tym tekście uderza mechanizm myślowy, który jest wierną kopią seksizmu, tyle że jest to seksizm transgeniczny, antroponazizm, przekonanie o wyższości własnego gatunku, i gdyby psy, oprócz wielu talentów których możemy im pozazdrościć, potrafiły pisać felietony, doczekałaby się Pani zaraz tekściku pod tytułem: "feministka się dowartościowuje przez dokopanie psom".
Moją granicą jest krzywdzenie innych ludzi – pisze Pani Eliza. Słusznie. Ale jeszcze lepsze byłoby nie krzywdzenie czujących istot, bez względu na ich przynależność gatunkową. To rozszerzenie wrażliwości na inne gatunki niż człowiek jest zresztą kontynuacją rozszerzania wrażliwości na krzywdy innych ludzi. Kto walczy o prawa skrzywdzonych kobiet, uchodźców, niewolników, nie powinien się zatrzymać na homo sapiensach.

Autorka ujęła mnie natomiast swoim przywiązaniem do wagi słów. "Płeć trzymająca język" to arcyważny tekst. Wiele jest zresztą w tej książce perełek, perełek dowcipu, elegancji, nawet w sprawach poważnych i smutnych. Chociażby rozdział "z podręcznika MEN".

Rozdziały są krótkie, i to jest właśnie dobre. Autorka potrafi zawrzeć swoją myśl w niewielu zdaniach, w ładnej formie. Najbardziej autentycznie brzmią rozdziały o gender, feminizmie i kobietach. "Zadbana kobieta" na przykład. Mądre i trafne.

Można by jeszcze długo rozmawiać z książką autorki, i to świadczy bardzo dobrze, że budzi ona tyle skojarzeń, przemyśleń i emocji. Dużo by wymieniać znakomitych rzeczy w tej książce, i naprawdę warto ją przeczytać. Eliza Michalik, "Szpile", wydawnictwo Czwarta Strona.
Trwa ładowanie komentarzy...