O autorze
Im dłużej żyję, tym bardziej nie lubię świata. Im lepiej poznaję homo sapiens, tym bardziej żal mi innych zwierząt. Jest dla mnie szokujące, że znakomita większość intelektualistów nie zajmuje się niczym poza sprawami ludzi – tak jakby inne gatunki były gorsze. Niestety, również większość pisarzy obarczona jest tą antropocentryczną ślepotą. Mało kto zdaje sobie sprawę, że na przykład tak pogardzana przez ludzi świnia – w hierarchii wartości etycznych stoi znacznie wyżej od człowieka. Chociażby dlatego, że nie zabija, nie znęca się, nie dręczy. Zadaniem światłego, świadomego człowieka powinna być walka o ograniczenie ilości cierpień. Tych zadawanych innym gatunkom, i tych, które zadajemy sobie nawzajem. To jedyny sensowny cel życia.

Trochę więcej konkretów o mnie.

WSPÓLNY MIANOWNIK WŁADCÓW

Czytam, po raz kolejny, „Szachinszacha“ Ryszarda Kapuścińskiego. Kiedyś była to dla mnie abstrakcyjna egzotyka, ciekawe, owszem, studium psychozy władcy, ale tematyka dość odległa, a teraz prawie na każdej stronie znajduję coś, co pasuje jak ulał do naszego miejsca i czasu. Chociażby taki fragment: "Despota jest przekonany, że człowiek jest istotą podłą. Podli ludzie zapełniają jego dwór, stanowią jego otoczenie. Sterroryzowane społeczeństwo przez długi czas zachowuje się jak bezmyślny i uległy motłoch. Wystarczy ich karmić, a będą posłuszni. Trzeba dać im rozrywkę, a będą szczęśliwi.

Arsenał chwytów politycznych jest bardzo ubogi, nie zmienia się od tysięcy lat. Stąd tylu amatorów w polityce, tylu przekonanych, że potrafią rządzić, byle dać im władzę. Ale zdarzają się też rzeczy zaskakujące. Oto nakarmiony i ubawiony lud przestaje być posłuszny. Zaczyna domagać się czegoś więcej niż rozrywki. Chce wolności, żąda sprawiedliwości. Despota jest zdumiony."

Nasi despoci codziennie demonstrują zdziwienie, ale jest to takie zdziwienie raczej udawane, na pokaz. Najwyraźniej nie doszli jeszcze do etapu prawdziwego zaskoczenia. Taki etap prześledzić możemy dość precyzyjnie oglądając na przykład film z ostatniego wiecu rumuńskiego władcy Nikolae Ceausescu. Jest tam chwila gdy ze strony ludu, zamiast oklasków, zbliża się burza. Na twarzy władcy widać autentyczne zdumienie. Despota jest zaskoczony – o czym to świadczy? O kilku cechach, na przykład o utracie kontaktu z rzeczywistością.

I właśnie o cechach chciałbym dziś napisać, bo to mnie fascynuje, że ludzie w odległych krajach i epokach mogą mieć zespół identycznych cech.
A więc wymieńmy je, może niekoniecznie od razu w kolejności od najważniejszej do najmniej ważnej – zresztą są one chyba równorzędne w tym sensie, że jedna z drugiej wynika, że się zazębiają, współistnieją jako całość. Zacznijmy od tej, która nasunęła się jako pierwsza: utrata kontaktu z rzeczywistością. Despota żyje w swoim świecie, otoczony dworakami, i z czasem to oni, chcąc mu się przypodobać, kreują dla niego fałszywy świat. Świat, w który despota skwapliwie wierzy, co wynika z innej jego cechy: próżności, o której za chwilę. Prześledźmy to na przykładzie Szacha, a właściwie Szachinszacha, bo przecież zwykły szach nie wystarczy dla zaspokojenia próżności, tak jak zwykły generał to za mało, próżność nakazuje tworzyć nadtytuły, na przykład generalissimus zamiast generał.

...także zgubiło go - pisze Kapuściński - to, że nie znał własnego kraju. Całe życie spędził w pałacu. Jeżeli opuszczał pałac, to z takim uczuciem, z jakim z ciepłej izby wystawiamy głowę na mróz. Na moment i szybko z powrotem! Tymczasem życiem wszystkich pałaców rządzą te same, deformujace i niszczące prawa. Tak było od niepamiętnych czasów, tak jest i będzie. Można zbudować dziesięc nowych pałaców, ale natychmiast zaczną panować w nich identyczne prawa, jakie istniały w pałacach wzniesionych pięć tysięcy lat temu.

To oderwanie od rzeczywistości sprawia, że władca nie wie, że siedzi na beczce prochu, na bombie zegarowej. Godzina wybuchu tej bomby jest niewiadoma, dopóki nie wybije. I tu mamy następną cechę despoty: nieświadomość zagrożenia. Zagrożenia, które przecież władca sam dla siebie stwarza.

To władza prowokuje rewolucję. Na pewno nie czyni tego świadomie. A jednak jej styl życia i sposób rządzenia stają się w końcu prowokacją. Następuje to wówczas, kiedy wśród ludzi elity ugruntuje się poczucie bezkarności. Wszystko nam wolno, wszystko możemy. Jest to złudzenie, ale nie pozbawione racjonalnych podstaw. Rzeczywiście, przez jakiś czas wygląda to tak, jakby wszystko mogli. Skandal za skandalem, jedno bezprawie po drugim uchodzą im na sucho. Lud milczy, jest cierpliwy i ostrożny. Boi się, nie czuje jeszcze własnej siły. Ale równocześnie prowadzi drobiazgowy rachunek krzywd, i w pewnym momencie dokonuje podsumowania.

Ponieważ rachunek krzywd się kumuluje, kropla, która przelewa kielich, nie musi być duża. Może nią być jakis drobiazg. Sam w sobie mało znaczący, on tylko wyzwala napięcie, ktore rosło od pierwszego dnia dyktatury. Czy kielich jest już pełny? Tego oczywiście nie wie nikt. Ale jedno jest pewne: prawa fizyki są nieubłagane, nie można w nieskonczoność dolewać płynu do naczynia, ktore ma niezmienną pojemność.

W jaki sposób szach naruszył ową granicę i wydał wyrok na samego siebie? Poszło o artykuł w gazecie. Nieostrożne słowo może wysadzić w powietrze największe imperium.

Wybór tego momentu jest największą zagadką historii. Dlaczego wypadł on w tym dniu, a nie w innym? Dlaczego przyspieszyło go to wydarzenie, a nie inne? Przecież wczoraj jeszcze władza pozwalała sobie na gorsze ekscesy, a jednak nikt nie reagował. Cóżem takiego uczynił, pyta zaskoczony władca, że się tak nagle zbiesili?


Czy władca jest w stu procentach nieświadomy ryzyka? chyba coś przeczuwa, ale reaguje na to naiwnie i infantylnie. I tu mamy kolejną cechę: naiwna chytrość.

Dyktatura, choć gardzi ludem, zabiega o jego uznanie. Mimo że jest ona bezprawiem, a raczej ponieważ jest bezprawiem, dba o pozory legalności. Jest na tym punkcie niezmiernie drażliwa, chorobliwie przeczulona. Ponadto dolega jej (co prawda głęboko skrywane) poczucie niepewności. Nie szczędzi więc starań, aby dowodzić sobie i innym, jakim to cieszy się wsparciem i aprobatą ludu. Nawet jeśli są to tylko pozory wsparcia, będzie odczuwać satysfakcję. Cóż z tego, że pozory? Cały świat dyktatury jest pełen pozorów.

Jest jednak, jak wspomnieliśmy, w odmętach mózgu władcy przeczucie, że pozory mogą zawieść. Dlatego każdy władca tworzy prywatną armię. Czy to będzie kilkunastu byłych borowców, czy setka funkcjonariuszy żandarmerii, czy tysiące policjantów którym władca dał podwyżkę, czy bojówki „patriotów“ - armia ta w decydującym momencie najczęściej i tak zawodzi, jej rola jest głównie psychologiczna, dzięki niej władca śpi spokojnie. Ale ten spokój jest ułudą.
ONI o tym wiedzą. Wszyscy władcy mają w podświadomości wiedzę, że gwardia przyboczna, pretorianie, bojówki – to ochrona iluzoryczna. Że przyjdzie dzień, kiedy trzeba będzie zapłacić. Wszyscy władcy się boją. Robią marsowe miny, grożą, szczerzą zęby, ale boją się tego dnia, o którym wiedzą, że prędzej czy później, w takiej czy innej postaci – nadejdzie. A zarazem, kiedy nadchodzi - nie widzą go.

Niedaleko szukając, tak pewny siebie, tak dumny ze swoich poczynań, tak posągowy, marsowy, taki niby to wspierany przez naród ("Pomożecie? Pomożemy!") co więcej, mający za sobą potęgę rosyjskiej armii, Towarzysz-Pierwszy-Sekretarz-Edward-Gierek – też się bał. Niedawno odkryto pancerną limuzynę (można ją obejrzeć w muzeum motoryzacji i techniki w Otrębusach), w której jest schowek w bagażniku na wypadek gdyby suweren jednak nie uszanował majestatu towarzysza pierwszego sekretarza i rzucił się do linczu – piszę o tym tutaj, i polecam tę historię bo jest przekomiczna, Gierek miał uciekać przed rozjuszonym tłumem schowany w bagażniku wielkiego, czarnego cadillaca z fałszywą amerykańską rejestracją, udającego samochód ambasadora USA. W końcu do tego nie doszło, ale przygotowania były, bardzo poważne, i to już o czymś świadczy. Czy dzisiejsi władcy mają już w swoich limuzynach takie schowki?

Władcy wiedzą, ale i nie wiedzą. Liczą na to, że jakoś to będzie. Przeważnie ich nadzieje okazują się zawodne.

Nikolae Ceausescu jeszcze na ostatnim wiecu zachowuje sie tak, jakby mu nic nie groziło, a przecież zostało mu już bardzo niewiele życia, ale on o tym nie wie, burza, która idzie ze strony tłumu, nie przeraża go, on nie potrafi jej odczytać jako zapowiedzi końca. Jest zaskoczony. Najpierw krzyczy, że przecież dzięki niemu Rumunia jest silna i niezależna (każdy dytkator uważa, że dzięki niemu kraj wstał z kolan, to samo mówił Hitler gdy wyprowadził Niemcy z Ligi Narodów), potem krzyczy, że to prowokacja (prowokacja wrogich sił, to też wspólny mianownik - ententa, zachód, NATO, Bruksela, międzynarodowa finansjera, cykliści, wegetarianie), potem gromi, grozi, wreszcie, jako argument ostateczny - daje marchewkę. Lecz jakże naiwne jest to zdanie, wypowiedziane z triumfem: „dzisiaj podjęliśmy ważną dla narodu Rumuńskiego decyzję: podnieśliśmy płacę minimalną z dwóch tysięcy lei miesięcznie na dwa tysiące dwieście!“. I tu kolejne zaskoczenie: suweren nie daje się kupić. Nie chce marchewki.
Lud nie chce. Lud jest nieprzewidywalny. W Belgradzie tłumy wiwatowały na cześć Miloszewicza, a wkrótce potem tłumy krzyczały „precz z Miloszewiczem!“

Potem następuje kolejny etap: burza rośnie, dyktator ucieka. I wreszcie - tutaj różnie, ale w gruncie rzeczy na to samo wychodzi - albo ucieka za granicę, chroni się u zapryzjaźnionych wladców (Szach, Mobutu, Bokassa) albo nie zdąży uciec - Ceausescu, Kadafi.

Charles de Gaulle przegrał referendum, uporządkował biurko, oupścił pałac i nigdy do niego nie wrócił. (...) ale ilu jest takich? Inni będą płakać, a nie ruszą się, zamęczą naród, a nie drgną. Wyrzuceni przez jedne drzwi, wrócą drugimi, zrzuceni ze schodów, zaczną wczołgiwać się ponownuie. Bedą tłumaczyć się, płaszczyć, kłamać i kokietować byle zostać, albo byle wrócić. Będą pokazywać ręce proszę, nie ma na nich krwi. Ale sam fakt, że trzeba te ręce pokazać, okrywa najwyższą hańbą. Będą pokazywać kieszenie: proszę, mało tam czego. Ale sam fakt pokazywania kieszeni jakże upokarzający. Szach, kiedy opuszczał pałac - płakał. Na lotnisku znowu płakał. Potem tłumaczył w wywiadach, ile ma pieniędzy, i że ma mniej, niż myślą. Jakie to wszystko żałosne, jakie marne.

Kolejna więc cecha: brak godności. Brak honoru. Ludzie śmieją się z nich, a oni nadal będą się płaszczyć, rozkradać, kombinować...

Brak honoru i niedostrzeganie własnej śmieszności, w połączeniu z próżnością i chęcią narzucenia swojej osoby narodowi, prowadzą do tego, że wielu despotów publikuje swoją „biblię“. Jest to książka, drukowana w olbrzymich nakładach, w której władca przybiera pozę myśliciela, filozofa, i wypowiada się na wszystkie tematy w roli eksperta, przekazuje poddanym swoje refleksje i nauki, na każdej stronie, w każdym akapicie, tym mądrościom i głębiom nie ma końca.

„Biblia“ (Zielona Książeczka Kadafiego, czerwone „Myśli“ Mao Tse Tunga, Mein Kampf Hitlera i wiele, wiele podobnych) pomaga w tworzeniu mitów, utrwala je. Jednym z ulubionych jest mit oblężonej twierdzy. Daje on wspaniałe możliwości dzielenia poddanych na: naszych - dobrych, i obcych - złych. Nadludzie i podludzie, lepszy i gorszy sort, wszystko to są przejawy tego samego, naiwnego ale i skutecznego mechanizmu.

Jak okreslic tę cechę, tę skłonność do tworzenia papierowych mitów? mitomanę? mitotwórczość? Jedno jest pewne: te mity są naiwne, nikt rozumny w nie nie wierzy, są to więc mity wpychane na siłę. Tu łączy sie hucba, bezczelność, z naiwną chytrością, o której już napisaliśmy wcześniej.

Karmieniu próżności najlepiej służą oczywiście nie pomniki w postaci książek, lecz pomniki dosłowne: statuy, łuki tryumfalne, popiersia. Wbrew pozorom są one mniej trwałe od pomników papierowych. W „Szachinszachu“ jest cały rozdział poświęcony likwidacji pomników Szacha. By odwołać się do bliższych skojarzeń, warto polecić filmik o tryumfalnym zniszczeniu pomnika Dzierżyńskiego w Warszawie.

Z pomnikami w niektórych krajach jest kłopot, polegający na tym, że nie ma tradycji budowania pomników władcy za jego życia. Co więcej, takie działanie może wzbudzić powszechną wesołość poddanych. Tutaj w dobrej sytuacji są wodzowie, posiadający zmarłego brata bliźniaka - to jemu budują pomniki, przynajmniej oficjalnie, i w tych pomnikach mogą się sami przeglądać.

Próżnośc jest chyba najbardziej rzucającą się w oczy cechą despoty. Nakarmieniu próżności służy tworzenie fikcyjnego, „własnego“ świata. Świata w przestrzeni, ale i w czasie. A więc alternatywnej przeszłości i przyszłości. Sztuczną przyszłość łatwo wykreować, snując wizje w rodzaju „spadnie nam z nieba milion samochodów elektrycznych" lub „wybudujemy milion mieszkań dla ubogich", gorzej jest z przeszłością, która przecież istnieje. Ale i z tym można sobie poradzić. Wystarczy zniszczyć przeszłość prawdziwą, a na jej miejsce wstawić przeszłość fikcyjną. Zlikwidować tradycję, zniszczyć wszystko co było przed zagarnieciem władzy - temu służy między innymi numerowanie kraju - Trzecia Rzesza, Czwarta Rzeczpospolita, Piąta Republika... Ten zabieg ma odciąć naród od przeszłości, podciąć korzenie, pozbawić punktów odniesienia, ale też nakarmić próżność władcy.
Przeszłość można niszczyć albo zawłaszczać, i obie te metody są u władców w cenie. Symboliczne niszczenie etosu Lecha Wałęsy i lansowanie konkurencyjnych pseudobohaterów, spychanie w cień Armii Krajowej i zastępowanie jej mitem żolnierzy wyklętych - to podobne manipulacje, przy czym władcy nie wahają się przed tak żałosnymi chwytami jak przerabianie jednych na drugich, na przykład prezentują Jana Rodowicza „Anodę“ jako żołnierza wyklętego.

Z chwilą naruszenia demokratycznej równowagi sił każdy absurd staje się możliwy, zwłaszcza w dziedzinie próżności. W grudniu 1976 roku afrykański dyktator Bokassa przyjął tytuł cesarza i mianował się Bokassą Pierwszym, zmienił też przy okazji nazwę swojego kraju na Cesarstwo Środkowoafrykańskie.
Mobutu zmienił nazwę państwa Kongo na Zair oraz własne nazwisko na: „Mobutu Sese Seko Kuku Ngbendu wa za Banga” (tłumaczone mniej więcej jako „Wszechpotężny wojownik, który nie zaznał porażki z powodu swej niezwykłej wytrzymałości i niezłomnej woli i który, krocząc od zwycięstwa do zwycięstwa, pozostawia za sobą zgliszcza“).

Niszcząc przeszłość, jednocześnie despota buduje państwo oparte na schematach zaczerpnietych z przeszłości, zwłaszcza na prastarym i sprawdzonym modelu symbiozy czarownika z wodzem. Czarownik jest wodzowi potrzebny, to czarownicy rządzą do spółki z władzą świecką, co wskazuje na jeszcze jedną cechę władców: skłonność do obfitego czerpania z zabobonów, aby w ten sposób przypodobać się ludowi.

Cesarz Bokassa pod koniec życia ogłasza się trzynastym apostołem i ujawnia „prawdę“ o swoich rzekomych tajnych spotkaniach z papieżem. By sięgnąć po bliższy przykład: posłowie w polskim sejmie ogłaszają objawienia fatimskie, a kandydatka na władczynię Francji, Marine le Pen, wyjechała podczas swej kampanii z pomysłem, żeby w urzędach, na przykład w merostwach, urządzać stajenki bożonarodzeniowe, czym sobie zresztą mocno zaszkodziła, wyśmiano ją, ale to Francja, nie Afryka ani Polska.

I wreszcie najgroźniejsza cecha despoty: egocentryzm. Kraj, którym rządzi, jest dla niego nieważny. Istnieje tylko o tyle, o ile może zaspokoić jego potrzeby. Despota bez wahania pogrąża swój kraj w chaosie, niszczy go bez najmniejszych skrupułów.

Czy jeśli zbierzemy te wspólne cechy, powstanie jakiś portret pamięciowy despoty? Spróbujmy. Despota jest: naiwny, chytry, infantylny, bezwzględny, niszczycielski, nie mający godności ani honoru, chytry a zarazem głupi, nie rozumiejący świata, którym chciałby kierować.

Ciekawe pytanie, jakie się tutaj nasuwa, ale które zasługuje na osobny tekst: jakie cechy osobowości mają ludzie, którzy takiego człowieka wybrali sobie na wodza?
Trwa ładowanie komentarzy...